piątek, 12 kwietnia 2013

Oirschot 06.04.2013



English version below, scroll down...


Oirschot... I jestem tu  raz jeszcze... małe senne miasteczko gdzieś w Północnej Brabancji, nieopodal Eindhoven. Ten sam hotel, Ci sami uśmiechnięci ludzie... i ten sam powód, aby być tu... i teraz... - E -Day. Chciałabym napisać kilka słów... ale nie na temat muzycznych dokonań artystów tu zaproszonych. Prawdziwi znawcy tematu z pewnością zrobią to lepiej niż ja... ja nie czują się upoważniona do publicznych ocen tego typu. Chciałabym napisać o tym co ujęło mnie najbardziej...  może bardziej niż sama muzyka... o ile to możliwe...
Chcę napisać o radości wspólnego grania... o radości dzielenia się muzyką... tworzenia nowej jakości ... razem...
Przed rozpoczęciem koncertów, kiedy sprzęt muzyczny jest dopiero instalowany, zawsze jest czegoś za dużo, albo czegoś za mało, każdy patrzy nerwowo na zegarek, stara się nastroić, dostroić i przygotować do występu w każdym możliwym tego słowa znaczeniu... właśnie wtedy podszedł do mnie Eric van der Heijden i powiedział: " Spójrz Alex, to nie wyścig... to nie konkurs... nie ma tu rywalizacji... jeden drugiemu pomaga, jeden drugiego wspiera... jak w rodzinie"
I tak właśnie było. Jak w rodzinie...
Widziałam małego chłopca, starszego raptem o rok od mojego własnego syna grającego przy boku dojrzałego artysty - ręka w rękę. Widziałam tę niekłamaną radość w oczach dziecka, szczerą i prawdziwą... coś wyjątkowego.. coś, co tracimy z każdym kolejnym upływającym rokiem życia. I widziałam ciepło... mądrość... spokój i wsparcie w oczach jego starszego kolegi. Jeff Haster i Gert Emmens ... to o nich tu mowa. Gdybym miała pokonać kolejny raz  to 1000 km dzielące mnie od domu i przyjechać do tego małego miasteczka raz jeszcze tylko po to, żeby zobaczyć radość na twarzach tej dwójki zrobiłabym to bez wahania. Mimo, iż zastrzegałam, że nie będzie tu żadnych ocen muzycznych - małe odstępstwo.
Jeffrey Haster to wciąż mały chłopiec... ale bardzo dojrzały artysta... człowiek z sercem do muzyki... człowiek z prawdziwym darem...
Prawdziwy dar posiadał również Neil Fellowes i jego przyjaciele z CodeIndigo... oprócz walorów muzycznych... były i te intelektualne - prawdziwie brytyjski humor. Każdy problem techniczny, każde potknięcie panowie obracali w żart... ogromny dystans do siebie samych... cudowny kontakt z publicznością... i ta radość w każdym ruchu...
Skromny... nieśmiały... prawie cichy poza sceną Rene Splinter rozbłysnął prawdziwym blaskiem na scenie... poruszył do głębi... do gęsiej skórki...
Charyzmatyczny Thomas Betzler w szerokim uśmiech buszujący gdzieś między różnymi częściami swojej perkusji.... skupiony i natchniony Torsten Abel...
Markus Strothmann i Bernhard Wöstheinrich tworzący duet idealny - rozumiejący się bez słów...
Chociaż były i słowa. Długie rozmowy w kuluarach z przypadkowo poznanymi osobami, gdzieś pomiędzy sceną a barem... opowieść o swoich własnych przygodach z muzyką elektroniczną... swoich własnych historii... bo każdy z nas pisze swoją.
Ron Boots, organizator tego całego zamieszania zażartował w którymś momencie, że adoptuje Gerta Emmensa. Za późno z tą adopcją Ron - pomyślałam - właściwie to i tak wszyscy jesteśmy częścią Twojej rodziny... nie do końca normalnej rodziny... rodziny z defektem... albo raczej z syndromem... z syndromem EL- muzyki...
Dziękuję Ron... Było pięknie!





Oirschot….here I am again….a small sleepy town somewhere in the North Barbant, near Eindhoven. The same hotel, the same smiling people…and the same reason to be here…and now… - E -Day. I would like to write a few words…..but not on the musical achievements of the people who are invited here. Professionals will do it much better….I do not feel authorized to sharing in public opinions of this kind. I would like to write about this what captivated me most….. maybe even more than the music itself….if that is possible….
I would like to write about the joy of mutual playing…..about the joy of sharing the music….creating new quality…..together…
Before the concerts begin, when the equipment is being installed, there is always too much of something, or too less, everybody is looking nervously at their watch, everybody is trying to tune and prepare themselves to the performance in every meaning of the word….and in this very moment Eric van der Heijden came to me said: ‘Look Alex, it is not a race….it is not a competition….there is no rivalry…one is helping another, one is supporting the other…like in a family.’
And it was just like that. Like in a family…
I saw a little boy, maybe one year older than my own son, playing beside a mature artist – hand in hand. I saw that true joy in that child’s eyes, true and real….something special…something we lose with every single year when life goes on. I saw warmth…wisdom…peacefulness and support in the eyes of his older friend. Jeff Haster and Gert Emmens…they are the ones I am talking about. If I were to travel these 1000km from my home to this little town, I would do that once again without any hesitation just to see the joy on the faces of these two. I promised not to share any opinions – a little lapse of mine.
Jeffrey Haster is still a little boy….but a very mature artist….a man with a heart for music….a man with a real talent…
Neil Fellowes and his friends from Code Indigo also had a real talent..apart from musical values….there were also those intellectual – real british humor. Every single  technical problem, every little mistake was turned into a joke by those gentlemen…..what a great distance to themselves….wonderful contact with the audience…and that joy in every move they took….
Modest…..shy…..almost quiet outside the stage…Rene Splinter…he brightened with an amazing light on the stage…touching everybody to their bones….causing the goosebumps.
Charismatic Thomas Betzler, with a wide smile, romping between parties of his drums….Torsten Abel…focused and inspired….. Markus Strothmann and Bernhard Wöstheinrichmaking a perfect duo – understanding each other without any words…
But there were words as well. Long conversations behind the scenes with randomly known people, somewhere between the stage and the bar…a story of one’s own adventures with electronic music….one’s own stories…because everyone makes their own story.
Ron Boots, the organizer of the whole ‘fuss’, made a joke that he was to adopt Gert Emmens. Too late for the adoption Ron – I thought – anyway, we all are like members of your great family….not really totally normal family….family with a defect…or rather a syndrome…an electronic music syndrome…
Thank you Ron...It was beautiful!




https://www.facebook.com/media/set/?set=a.450432808369007.1073741825.100002068747144&type=3


https://www.facebook.com/photo.php?v=451446854934269&set=vb.100002068747144&type=3&theater

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz